Co ciekawe w przypadku USA nadal opłaca się studiować, bowiem statystycznie z „papierkiem” uczelni zarobimy więcej na rynku pracy. Jeśli wierzyć badaniom, różnica w zarobkach pomiędzy przeciętnym człowiekiem z wykształceniem wyższym i bez niego to średnio 300 tys. dol. dla mężczyzn i 200 tys. dol. dla kobiet.

Wszystko to nie wskazuje na zapowiedź nowej apokalipsy. Tyle że tak samo sądzono w przypadku krachu z 2008 r. Wtedy lawinę też zapoczątkował stosunkowo niski odsetek niespłacanych hipotek.

Nierówności

Analityków martwi rosnący poziom nierówności w płacach. I ten problem dotyka też osób z wyższym wykształceniem. Nie wiadomo, czy ten system rosnącego długu (przypomnijmy: 1,4 bln dol.) studentów w końcu się nie załamie rozpoczynając ogromne problemy całej gospodarki.

Jonathan Glater (Uniwersytet Kalifornijski) otwarcie mówi już o bańce studenckiej i nadmiernym inwestowaniu w uczelnie wyższe. Teoretycznie brzmi to przesadnie. Do znudzenia patrząc na liczby: bańka na nieruchomościach urosła do 10 bln dol. Ceny wykształcenia rosną zaś dużo wolniej, niż miało to miejsce w przypadku nieruchomości.

Z drugiej strony niebezpieczeństwo czai się gdzie indziej. Procent kredytów w ogóle niespłaconych i tych, których opóźnienie w płatnościach przekroczyło już 90 dni, wzrósł w latach 2003–2017 niemal dwukrotnie. W zeszłym roku wynosił ponad 11 proc. A to już więcej niż skala niespłacanych hipotek w czasie kryzysu (dane Banku Rezerwy Federalnej w Nowym Jorku). Raport Judith Scott-Clayton (Uniwersytet Columbia) dodaje inną niepokojącą daną. Mianowicie już około 40 proc. pożyczkobiorców jest narażonych na problemy ze spłatą długu, który zaciągnęło, by skończyć studia.

Gdzie tkwi problem?

Gdzie więc tkwi problem? Nie w kwotach, ale w liczbie zadłużonych. Masa zadłużonych studentów nie spłacających swoich zobowiązań może ostatecznie dokonać większych spustoszeń w gospodarce, niż mniejsza liczba inwestorów, która nie dała rady spłacić hipotek na swoje kolejne mieszkania i domy. Przyszły krach może być o wiele groźniejszy.