Historia pieniądza czyli po co nam kryptowaluty cz. XXII – Początek końca…

Ostatnio skończyliśmy naszą opowieść opisując, jak wyglądał nowy ład w powojennym świecie. Dziś kontynuujemy naszą historię.

Plan Marshalla zakończył się sukcesem. Najlepiej widać to dzisiaj porównując gospodarki krajów, które z niego skorzystały, z tymi, które go odrzuciły. Amerykańska pomoc sprawiła, że Europa Zachodnia szybko odbudowała się po II wojnie światowej. Tym bardziej, że w latach 50. USA umarzały zobowiązania powstałe w wyniku jej programu. Tym samym – i tak już korzystne – kredyty stawały się darowiznami.

Państwa, które skorzystały z Plany Marshalla, zrzeszyły się w 1948 r. w Organizacji Europejskiej Współpracy Gospodarczej (OEEC). By umożliwić w ogóle ponowną wymienialność walut utworzono też Europejską Unię Płatniczą.

Obudzić tygrysa

Po sukcesie Planu Marshalla USA pomyślały o powieleniu swojego pomysłu z Europy w Azji, a konkretnie na terenie swojego głównego niedawnego wroga – Japonii. Tu ponownie naiwnością byłoby posądzić Amerykanów o wspaniałomyślność. Chodziło nie tyle o pomoc w odrodzeniu się japońskiej gospodarki po druzgocącej klęsce z 1945 r., ale uzyskanie silnego partnera na kontynencie, gdzie mocną pozycję zyskiwało ZSRR. W 1949 r. w Chinach do władzy doszli bowiem komuniści, którym, choćby ze względów ideologicznych, bliżej było do Stalina i Związku Radzieckiego niż do kapitalistycznych Stanów Zjednoczonych.

W 1949 r. do Japonii przybył Joseph Dodge. Jego misję można streścić krótko – miał postawić Japonię na nogi. Rewolucyjne reformy amerykańskich władz okupacyjnych stworzyły w Kraju Kwitnącej Wiśni klasę średnią, poszerzyły rynek wewnętrzny i przyczyniły się do ogólnego wzbogacenia się całego kraju.

Bretton Woods zaczyna szwankować

Wróćmy jednak do opowieści o naszym ulubionym temacie – pieniądzach. Jak widać, dzięki USA Europa Zachodnia zaczęła odbudować swoją siłę, podobnie zresztą jak Japonia. W nowym systemie ważny był jednak jeden element. Wszystkie kraje miały pilnować wzajemnie kursów swoich walut. Wszystko zmierzało z pozoru do powstania krainy wiecznej szczęśliwości i dobrobytu. Niestety po raz kolejny historię ludzkości zmieniło… lenistwo.

W praktyce bowiem system w Bretton Woods wcale nie oparł się na pilnowaniu własnych walut przez same kraje. Wszystkie banki centralne poszczególnych państw wpatrzyły się bowiem w samego dolara jako najważniejszą walutę. W czym tkwił problem? Jeśli bowiem kurs franka do dolara będzie sztywny, a w tym samym czasie kurs funta do amerykańskiej waluty też będzie sztywny, wtedy kurs franka i funta też będą względem siebie sztywne, prawda? No tak! Jest jednak jedno „ale”. W tym wypadku na kogo mają patrzeć Amerykanie? No właśnie, tu też tkwiła pułapka!

W 1947 r. pozycję dolara umocniła decyzja prezydenta Trumana, zgodnie z którą USA na żądanie innych krajów miały wymieniać dolary na złoto. System z Bretton Woods nie nałożył na żadne państwa takiego obowiązku. Amerykanie nie mieli się co prawda czego obawiać. W tym okresie ich zapasy złota pokrywały zagraniczne zobowiązania aż w 250%. Prezydent, szef FED i wszyscy obywatele mogli spać spokojnie. Można było także odnieść wrażenie, że gest Trumana był podyktowany względami prestiżowymi. Nonszalancja potrafi się jednak mścić…

Modyfikacja postanowień z Bretton Woods doprowadziła do takiego wzmocnienia dolara, że USA mogły pozwolić sobie na duży dodruk swojej waluty, a to z powodu jej eksportu do innych krajów. Tam zresztą dolary były przyjmowane z dużą ochotą, ponieważ traktowano je jako pewien ekwiwalent złota. Amerykanie wylansowali zresztą słynny slogan dolar as good as gold.

Niestety od końca lat 50. wszystko zaczęło się powoli walić. W 1958 r. powstała Europejska Wspólnota Gospodarcza, której celem było uniezależnienie się Europy od USA. W samych Stanach dochodziło do stopniowego wzrostu cen (od 1934 r. do 1963 r. wzrosły o 100%). Co jednak ciekawe, choć drożały produkty, złoto nadal pozostawało tanie. To ostatnie było zasługą Amerykanów, którzy pilnowali, by cena kruszcu utrzymywała się w granicach 35 dolarów za uncję. Gdy tylko zaczynała rosnąć, USA wrzucały na rynek odpowiednią porcję sztabek, zwiększały tym podaż i zbijały cenę. Coraz większa liczba ludzi i krajów zaczynała jednak zauważać, że USA mogą powstrzymywać wystrzał złota tylko do pewnego momentu. Niektóre państwa zaczynały powoli wymieniać dolary na kruszec.

Nowy nowy ład

Od połowy lat 60. inflacja w USA jednak rosła. Głównie przez wojnę w Wietnamie, ambitny i drogi program kosmiczny, ale też program socjalny Great Society z 1964 r. Sytuacje chciano ratować obracając coraz większą liczbą dolarów w Europie. Napływ „zielonych” na Stary Kontynent szkodził jednak tamtejszym walutom. W 1967 r. doszło nawet do poważnej dewaluacji funta. Europejskie państwa zaczęły rozmawiać także o możliwej konieczności powstania wspólnej waluty…

W 1968 r. złoto w końcu mocno zdrożało. Wobec nieudanych prób walki z inflacją trzy lata później prezydent Nixon zawiesił wymienialność dolarów na kruszec. Żeby zobrazować skalę zjawiska, jakie zaszło w ciągu tych niespełna trzech dekad, wystarczy informacja o tym, że na początku lat 70. USA posiadały złoto, które pokrywało już tylko 19% ich zagranicznych zobowiązań.

W grudniu 1971 r. dolar został zdewaluowany. Podczas konferencji IMF w budynku Smithson Institution umowę z Bretton Woods zastąpiono systemem smithsoniańskim.  Choć nazwa wzbudza skojarzenia z emitowanym już wtedy od pięciu lat serialem „Star Trek”, nowy układ dotyczył spraw czysto ziemskich. Zwiększył bowiem zakres tolerancji w wahaniach kursowych z 1% na 2,25%. Trzy lata później zrezygnowano jednak w ogóle z ograniczeń i cały świat przeszedł na system płynnych kursów, jaki znany dzisiaj. W 1976 r. IMF dokonał też demotyzacji złota, które od tego momentu stało się jednym z towarów dostępnych na rynkach i nie mającym już nic wspólnego z walutami.

Podziel się wpisem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.