Historia pieniądza czyli po co nam kryptowaluty cz. XV

W naszej opowieści weszliśmy już w bliższy nam okres. Ludzkość na dobre przyswoiła już sobie płacenie papierowym pieniądzem. Warto jednak ponownie przyjrzeć się nie politykom, ale intelektualistom i temu, co uważali oni o tego typu formie płacenia za towary i usługi.

Wynalazek banknotu dał rządzącym ogromne szanse w kwestii dodruku pieniądza. Jak też wiemy, będą oni z tej możliwości korzystać z wręcz maniakalną uciechą. W tle tylko co mądrzejsi z nich mogli usłyszeć przestrogi kierowane w ich stronę od co światlejszych obywateli.

Otyli, wychudzeni, a gospodarka kołem się toczy

Cofniemy się na chwilę trochę w przeszłość. W XVII w. spotykamy Williama Petty’ego. Ostrzegał on przed nadmiarem pieniędzy w obiegu w dosyć obrazowy sposób. Porównywał zbyt dużą ilość pieniędzy na rynku do nadwagi, zaś zbyt małą do wychudzenia organizmu. Jak wiadomo, oba stany są niezdrowe i tu Petty miał rację.

Młodszy o niecałą dekadę John Locke jest uważany na twórcę ilościowej teorii pieniądza. W jego mniemaniu wysokość cen zależy zaś od wielkości obiegu pieniędzy na rynkach. Sam w sobie pieniądz był jego zdaniem bezwartościowy (w rozumieniu jak mawiał „wartości wewnętrznej”), zaś tylko praca była jedynym źródłem wartości.

Kontynuatorem myśli Locke’a był w XVIII w. David Hume, który był zwolennikiem niskiej inflacji i nowinki technologicznej, jaką były banknoty. Uważał, że efektem dodatniego bilansu handlowego w wymianie międzynarodowej będzie napływ kruszców do gospodarki, co przełoży się na wzrost cen. Efekt? Oczywiście pogorszy to konkurencyjność danego kraju, zwiększy import (wiadomo, lepiej kupić tańszy towar u sąsiada) i zmniejszy eksport (bo kto będzie przepłacał i kupował od nas, skoro jesteśmy tacy drodzy?). Dalszy efekt? Ujemny bilans handlowy! Teraz znowu – rozumował Hime – kruszce odpłyną od nas, co znowu poprawi naszą konkurencyjność i da znowu dodatni bilans. I tak w kółko…

We Francji w tym czasie nad naturą pieniądza głowił się Pierre Boisguillebert (chyba tylko jego nazwisko sprawiło, że nie stał się tak znany jak Locke). Zwykł zagajać rozmowy z kolegami mówieniem, że „pieniądz powinien być niewolnikiem handlu, a nie jego tyranem”, czym z pewnością wywoływał burzliwe dyskusje. Mówił też, że o bogactwie danego kraju decyduje rozmiar handlu, a nie obieg pieniędzy. Sugerował również, że konsumpcja powinna być rozłożona pomiędzy wszystkie grupy społeczne, a nie tylko najbogatsze warstwy (brało się to z myślenia, zgodnie z którym najbiedniejsi szybciej wydają zarobione środki). Sam system ekonomiczny powinien być zaś tak skonstruowany, by wspierał możliwości produkcyjne.

Drukować, drukować, drukować

Papierowy pieniądz można drukować niemal w nieskończoność (jeśli nie patrzy się na efekty społeczne i ekonomiczne). Okazuje się jednak, że w XVIII w. pojawili się myśliciele, którzy uważali, że można w ten sposób rozruszać gospodarkę. W końcu więcej pieniędzy w obiegu to więcej zatrudnionych osób, które potem te środki wydadzą! Ktoś zaś będzie musiał produkować te kupowane w większych ilościach dobra, więc też będzie musiał zatrudnić więcej ludzi. Przy okazji zarobi też więcej! Zmierzamy tym samym do ekonomicznego Edenu! Co ciekawe, jakoś nikt nie patrzył, do czego duży dodruk doprowadził we Francji, gdy zaczął przy nim majstrować wspominany w jednej z ostatnich części naszego cyklu John Law…

Pierwszy stablecoin

Ciekawe pomysły miał też James Steuart. Dziś ten XVIII-wieczny ekonomista uchodzi za prekursora keynesizmu. Myślał o emisji pieniądza rachunkowego, który miał być miernikiem stałej wartości. Miał być ówczesnym stablecoinem, ale lepszym! Jego kurs miał być całkowicie sztywny, niezwiązany w ogóle z kruszcami i wahaniami ich cen. Co ciekawe, pieniądz ten miał być jednak używany tylko do transakcji wewnętrznych, do międzynarodowych nadal używano by banknotów powiązanych z kruszcami.

Genialny dziwak

Kończąc tą część nie możemy nie wspomnieć o Adamie Smithie. Choć dziś jest on uważany za geniusza, dla współczesnych był chyba trochę dziwakiem. A przynajmniej takie krążą o nim legendy. Ponoć mówił sam do siebie, a to innym razem poruszał bezgłośnie ustami. Miejska opowieść mówi nawet, że zamyślony poszedł kiedyś w nocnej koszuli na spacer i przeszedł tak 20 kilometrów od swojego domu do sąsiedniej miejscowości. W każdym razie mógł być inspiracją do PRL-owskich dowcipów o intelektualistach. Strach też pomyśleć, co by wyprawiał w dobie mediów społecznościowych!

Mimo zatapiania się w myślach, udało mu się napisać słynną książkę „Bogactwo narodów”. Wprowadził do myśli ekonomicznej pojęcie „niewidzialnej ręki”, która dba o rynek i  jego funkcjonowanie. Zakładał, że ludzie w pierwszej kolejności dbają o swój interes i dzięki temu wszystko to, co nazywany rynkiem, jakoś samo się kręci. Rynek zaś nagradza dobre decyzje, karci za złe.

W kwestii banków Smith uważał, że powinny one oszczędzać kruszce. Emisja pieniądza nie powinna zaś przewyższać zasobów owych realnych kruszców. Banki powinny też respektować tylko weksle, które mają odbicie w istniejących już towarach lub tych, które wkrótce mają powstać. Ilość pieniądza powinna była jego zdaniem być równa podaży towarów na rynku.

CDN.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Pin It on Pinterest