Historia pieniądza czyli po co nam kryptowaluty cz. VI

Zatrzymaliśmy się ostatnio w momencie, gdy do obiegu gospodarczego powracały złote monety, które współegzystowały ze srebrnymi. Monarchowie zaczęli publikować też kursy walut. Gospodarka wyraźnie się rozwijała.

Co jednak ciekawe, nie wszystkim rosnąca rola pieniądza i handlu się podobała. Kościół odnosił się do tych aspektów życia z podejrzliwością. Kupcom zarzucano, że sprzedając przedmioty takie, jakimi je kupili, nie tworzyli wartości, a tym samym nie powinni zarabiać. W oczach hierarchów Kościoła byli oni wręcz pasożytami! Zaczęło się to zmieniać dopiero w XIII w. Święty Albert Wielki uznał konieczność istnienia pieniądza. Dalej poszedł żyjący mniej więcej w tym samym okresie Św. Tomasz z Akwinu. Doszedł do wniosku, że handlarze mogą nawet żądać za towar więcej, niż go kupili, w momencie, gdy w procesie jego sprzedaży wystąpił transport w inne miejsce lub go udoskonalono (średniowieczne proof of work? 😉 ).

Cena sprawiedliwa

Średniowieczni ekonomiści-filozofowie (to pierwsze pojęcie pojawiło się już w starożytności, więc możemy go używać z przymiotnikiem „średniowieczny”) wpadli nawet na pomysł ustalenia definicji tzw. ceny sprawiedliwej. Henryk z Gandawy (ciekawe, czy współcześni mieszkańcy tego miasta o nim pamiętają) ustalił trzy uzasadnienia zarabiania na sprzedaży towarów. Prezentujemy je poniżej, tak na wypadek, gdyby wynaleziono kiedyś wehikuł czasu, a wy zapragnęlibyście zbić fortunę w wiekach ciemnych.

  1. Uzasadnienie pierwsze. Wolno Ci narzucić marżę na dany produkt, jeśli przewiozłeś go w innej miejsce. Np. kupiłeś w Rzymie, a sprzedajesz już w Akwizgranie. Musiałeś w końcu przewieźć produkt przez wiele mil, po drodze ryzykowałeś tym, że mogłeś zostać napadnięty, zaś koń ciągnący twój wóz, wyraźnie zmizerniał.
  2. Uzasadnienie drugie. Kupiłeś tanio, a widzisz, że cena towaru wzrosła, więc po prostu ci się to opłaca. Proste? (I działa do dzisiaj, nawet na giełdach kryptowalut.)
  3. Uzasadnienie trzecie. Można od ciebie kupić towar drożej, bo znasz się na tym, co sprzedajesz. To trochę jak dziś – płacisz za Mercedesa więcej, niż za Fiata, bo w twoim przekonaniu dopłacasz na jakość i niezawodność.

Po takim przedstawieniu sprawy, nie było już sprzeczności pomiędzy rynkiem a Kościołem.

Po jedenaste: pieniądz to tylko narzędzie!

Trochę bardziej pod górkę miał w tym wszystkim pieniądz. Według Kościoła można go było używać, ale tylko jako narzędzia, nie wolno było go zaś gromadzić (szach-mat holderzy!). Kumulowany stawał się bowiem źródłem zepsucia i zła. Teorię bezpłodności pieniądza ówcześni myśliciele wzięli, co ciekawe, od poganina – Arystotelesa. Pecunia pecunium parere non potest – zagajał ponoć często dyskusje o kasie grecki filozof.

Stąd wzięła się pogarda dla lichwy. W rozumieniu Kościoła lichwiarz zarabiał na upływie czasu, zaś czas przecież nie należał do niego. (Jakże łatwiejsze jest życie współczesnych bankierów czy udzielających chwilówek, gdy wszyscy znamy powiedzenie „czas to pieniądz!”)

Nie tylko sam parający się lichwą miał pod górkę. W ówczesnym poradniku dla spowiedników można było znaleźć „rozkminę” nad tym, czy np. spadkobiercy lichwiarza przejmują po nim obowiązek wynagrodzenia wyrządzonych przez niego krzywd. Ustalono, że tak…

Owe zakazy Kościoła można było jednak łatwo obejść. Wymyślono choćby datum emergens czyli odszkodowanie za opóźnienie w oddaniu mamony. Obie strony akceptowały umowę na nieoprocentowaną pożyczkę, której nie dało się spłacić w wyznaczonym, ekstremalnie krótkim, terminie. Stąd strona spóźniająca się w spłacie dopłacała odsetki.

Z biegiem lat Kościół zaczął akceptować lichwę. Można podejrzewać, że brało się to z faktu, że sami duchowni zaczęli pożyczać pieniądze na procent…

Nauka o pieniądzu

Duchowni na tyle zainteresowali się pieniędzmi, że zaczęli tworzyć swoje teorie monetarne. Antonin z Florencji rozmyślał nad fizyczną naturą monet. Twierdził, że mogłyby one być wykonywane ze skóry, choć metal wydawał się mu jednak praktyczniejszy. Dostrzegł też różnicę pomiędzy pieniądzem na kapitałem, co otwierało furtkę do uznania pożyczania środków na procent.

Najwybitniejszym ekonomistą XIV w. (ówczesnym Haykiem, Keynesem czy Friedmanem – co kto woli) był Mikołaj z Oresme. Gdyby żył dzisiaj, jego profil na Linkedin robiłby wrażenie i był obiektem zazdrości! Był wykładowcą na Sorbonie, kapelanem króla Francji Karola V Mądrego (umówmy się, kto o takim przydomku, pozwoliłby się kręcić koło siebie,  komuś przeciętnemu) i biskupem Lisieux. Napisał przede wszystkim traktat „O powstaniu, istocie, prawach i zasadach monet”. Trudno o bardziej spoilerowy tytuł, ale dzieło jest wybitne. Mikołaj z Oresme uważał, że pieniądz powinien mieć samoistną wartość już jako kruszec. Sprzeciwiał się traktowaniu emisji monet jako źródła dochodów władców, ponieważ swoiste psucie pieniądza przez inflację doprowadza do zapaści gospodarczych czy upadku handlu. Zauważył, że efektem psucie monet jest też znikanie z rynku pieniędzy lepszych w skutek np. wywozu ich za granicę (to jeden z powodów upadku Polski kilka stuleci później). Tym samym sformułował zasadę, która potem rozpowszechniła się jako prawo Kopernika-Greshama (pieniądz gorszy wypiera lepszy).

By wam udowodnić, że to co dziś powtarzamy, powstało dużo wcześniej, niż myślicie, przypominamy też o Jeanie Buridanie. Otóż to on zauważał, że cena zależy od potrzeb, a nie „wartości przyrodzonych”. Nie wolno jej więc regulować rozwiązaniami odgórnymi przez pryzmat moralności. Dziś uznaje się przez to Buridana za prekursora myślenia rynkowego.

Rynek powoli zaczynał przybierać kształtów, które są nam dziś bliższe. Ludzkości zaczęły towarzyszyć banki…

CDN.

Spodobał Ci się ten artykuł? Zarejestruj się na BitMarket teraz i zacznij handlować kryptowalutami!

grafika: imf.org

Podziel się wpisem

One thought on “Historia pieniądza czyli po co nam kryptowaluty cz. VI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.