Historia bankowości, czyli po co nam blockchain. Część V

Historia lubi się powtarzać? Zdecydowanie! W tym odcinku zobaczycie, że ludzkość – mimo pozorów – niespecjalnie uczy się na swoich błędach. Liczymy, że sami odnajdziecie w tym odcinku sporo analogii do współczesności.

Na przełomie XII i XIII w. we Florencji rodziła się branża bankowa, która miała nabrać znaczenia w XIV w. Co znamienne, wzrost znaczenia owych banków wzrósł, gdy ich właściciele zaczęli wykorzystywać pieniądz z depozytów do swoich celów. Wpuszczenie do obiegu znacznych kwoty pieniędzy (czyli swoisty – mówiąc dzisiejszym językiem – dodruk) spowodowało wzrost koniunktury, a potem recesję. Ta ostatnia była rezultatem m.in. wycofania z obiegu środków przez książąt Neapolu, ale też problemów Anglii, która nie mogła spłacić swoich pożyczek, oraz spadku florenckich obligacji. Do tego dochodził fakt, że dług publiczny Florencji był finansowany za pomocą pożyczek generowanych przez lokalne banki z niczego.

W latach 1341-46 nastąpiła fala bankructw banków. Straty ponieśli nie tyle ich właściciele, ale też deponenci, którzy odzyskiwali czasami nikły procent swoich oszczędności. Pamiętajmy przy tym, że banki obracały w dużej mierze nie swoimi środkami, więc ryzykowały majątkami swoich klientów. Mało tego, recesji towarzyszyło zjawisko ograniczonego kredytu, co pogłębiło kryzys i doprowadziło do upadków także prywatnych firm. Jak opisał to kronikarz Carlo M. Cipolla, sytuację „uratowała” zaraza. Mowa o tzw. czarnej śmierci, czyli dżumie, której epidemia panowała w tym okresie w Europie. Drastyczny spadek liczby ludności niejako dostosował tą wartość do podaży pieniądza i kredytu. Drastyczne, ale prawdziwe.

Warto przy tej okazji podkreślić, że wszystko (oprócz zarazy) miało miejsce tylko dlatego, że banki działały niezgodnie z etyką, sztucznie „drukując” pieniądze. Podobnie jak miało to miejsce w 2008 r., skutki ponosili w dużej mierze ich klienci, a mniej sami winowajcy.

Katalonia

Bankowość rozwijała się w równie prężny sposób także w Barcelonie. Tam bankierów chciano traktować o wiele surowiej. Przykładowo 13 lutego 1300 r. ustanowiono prawo, zgodnie z którym każdy bankier, który zbankrutuje będzie zmuszony do życia o samym chlebie i wodzie do momentu, gdy nie spłaci swoich długów względem klientów. Ponad rok później stworzono kolejny przepis, który nakładał na bankierów konieczność uzyskania zabezpieczenia lub gwarancji od osób trzecich. Bez tego mogli ewentualnie działać, ale musieli o tym fakcie informować klientów. Bank z zabezpieczeniem był oznaczany obrusem rozwieszonym przed siedzibą.

Mimo tego bankierzy i tak zaczęli szybko oszukiwać i manipulować środkami. Władze w odpowiedzi starały się straszyć banki jeszcze bardziej rygorystycznymi przepisami. W 1321 r. postanowiono, że bankierzy, którzy „od ręki” nie mogą zwrócić depozytu będą publicznie ogłaszani oszustami. Straszono ich także ścięciem mieczem przed ich kantorami. Jeśli myślicie, że był to martwy przepis, jesteście w błędzie. Choćby w 1360 r. Francesch Castello stracił w ten sposób głowę i szansę na dalsze prowadzenie biznesu.

Mimo tego i tak w XIV w. doszło do masowych bankructw banków, w ramach tej samej fali recesji, która miała miejsce we Florencji.

CDN.

Podziel się wpisem

One thought on “Historia bankowości, czyli po co nam blockchain. Część V

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.