Historia bankowości, czyli po co nam blockchain. Część I.

W naszym cyklu ekonomicznym głowiliśmy się już nad tym, do czego są nam potrzebne kryptowaluty. Warto zastanowić się, po co nam blockchain. Jak zobaczycie na podstawie historii bankowości, jest on naprawdę potrzebny ludzkości.

Banki nie są odkryciem tak starym jak waluta (oczywiście w jej szerokim pojęciu, niekoniecznie zorientowanym na monetach), ale zarazem niewiele młodszym. Cofnijmy się, więc do starożytnej Grecji…

Oszustwa, fałszerstwa i kradzieże

W starożytnej Grecji to początkowo świątynie pełniły rolę banków. Kapłani – niczym helleńscy bogowie – traktowali wszystkich po równo. Dlatego pożyczali zarówno osobom indywidualnym jak i władcom.

Sam pomysł trzymania pieniędzy w tych budynkach był oparty na pewnej umowie społecznej. Otóż, świątynie były uznawane za miejsca święte i nietykalne. Do tego nierzadko miały własną milicję, która strzegła skarbca. Jeśli mielibyśmy porównać naszą współczesność do tamtych warunków to, „dom” Apolla w Delfach mógłby być np. bankiem JP Morgan, świątynia Artemidy w Efezie – BNP Paribas, zaś siedziba na ziemi bogini Hery (tak, to ta wredna bogini, która nie przepadała za Heraklesem) –  Citigroup.

Na arenie dziejów pojawili się także indywidualni bankierzy. Ci jednak w istocie tak się nie nazywali. Nazywano ich mało atrakcyjnym z punktu marketingu określeniem – trapezitei, bo pracowali przy trapeza, czyli… stole.

Niestety owi bankierzy (odpuśćmy sobie dla dobra waszych języków trapezitei) nie do końca zawsze byli fair względem swoich klientów. Do dziś zachowała się mowa sądowa Isokratesa z 393 r. p.n.e., w której reprezentuje on interesy anonimowego syna faworyta króla Satyrosa. Nieszczęśnik został oszukany przez Pasiona, ateńskiego bankiera, który sprzeniewierzył powierzony mu depozyt pieniężny.

Pasion jawi się w tej historii jako wredny, cwany bankier. By przywłaszczyć sobie powierzone mu monety dopuścił się fałszerstwa, oszustwa, kradzieży i przekupstwa. Isokrates odsłania jednak, jak wyglądał proces zawierania transakcji z bankierami w Grecji. Zawierano je bez obiektywnych świadków, więc w razie konfliktu nie liczyły się twarde zeznania, a słowo przeciwko słowu.

Wspomniany Pasion wziął w depozyt środki swojego klienta, ale zamiast trzymać je w bezpiecznym miejscu puścił w obieg wykorzystując w prywatnych interesach. Zapewne myślał, że odzyska je na czas, gdy wspomniany młodzieniec wróci, ale przeliczył się. Broniąc się przed karą twierdził, że do żadnej transakcji nie doszło. W tle w całej historii mamy fałszerstwa i tajemnicze „zniknięcie niewolników, którzy byli świadkami oskarżającego”. Sami przyznajcie – historia godna „Zagadek kryminalnych starożytnych Aten”.

Jak sprawa się zakończyła? Nie wiemy. Pokazuje ona jednak, jak działał ówczesny rynek usług bankowych. Bankierzy nie trzymali pełnych rezerw i obracali pieniędzmi swoich klientów. Niekoniecznie było to normą, ale jak widać, zdarzało się.

Wszystko musi być na piśmie!

Kolejnym dowodem na to, jak działał ówczesny system finansowy, jest mowa Demostenesa z 362 r. p.n.e. Od czasu sprawy Pasiona minęły więc trzy dekady. W tym dokumencie znajdujemy już informację o tym, że bankierzy prowadzili specjalne zapisy księgowe. Z ich bilansów można było wyczytać, kto i ile pieniędzy im wpłacił i wypłacił. Zobaczcie, jakby robili to w tysiącach kopii, do tego wspólnie ze wszystkimi swoimi klientami, moglibyśmy mówić o jakieś bardzo prymitywnej formie blockchaina! Ten system pozwalał już wypłacać, zgodnie z instrukcjami deponentów, środki osobom trzecim.

Ciężka dola bankiera?

Demostenes wskazuje jednak na pewne problemy rynków finansowych związane z bankructwami samych banków. Kończy mowę puentą, zgodnie z którą:

„(…) w trudnych sytuacjach [pożyczkobiorcy – przyp. jw.] żądają pożyczek i uważają, że powinno się im udzielać kredytów na podstawie ich reputacji; kiedy jednak ich sytuacja finansowa poprawia się, nie zwracają pieniędzy, lecz odmawiają spłat.”

Grecja już wtedy stykała się z kryzysami finansowymi, które są nieobce i nam. Zdaniem badaczy, recesje miały miejsce np. w latach 377-376 i  w 371 r. p.n.e., gdy upadały banki Timodema, Sosinoma i Aristolocha. Do bankructw dochodziło z powodu inflacji, napędzanej przez same oszukańcze banki, które fałszowały swoje bilanse, ale też wydarzenia polityczne, np. wojnę peloponeską (można ją porównać do I wojny światowej Hellady), czy bunty społeczne.

Mimo ryzyka działalność bankowa dawała wielkie zyski. Wspomniany już Pasion zarabiał rocznie 100 min, co dziś – zdaniem historyków – jest równoznaczne z 2 mln dolarów. W chwili śmierci bankier posiadał majątek o wartości 60 talentów, czyli jakiś 44 mln dolarów…

CDN.

Podziel się wpisem

One thought on “Historia bankowości, czyli po co nam blockchain. Część I.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.