Czy Keynes miał rację i czy państwo powinno ingerować w gospodarkę?

Wydana w 1936 r. słynna książka Johna Keynesa „Ogólna teoria zatrudnienia, procentu  i pieniądza” stanowi biblię ekonomii keynesowskiej. Jednocześnie należy do jednej z trudniejszych pozycji z tej półki. Do tego stopnia, że do teraz wywołuje dyskusje na temat tego, co autor właściwie miał na myśli.

Powyższe bardzo frustrowało Paula Samuelsona, który dekadę po premierze dzieła postanowił dokładnie je przeanalizować i przetłumaczyć na „ludzki język”. Udało się i dziś jego wersja jest podstawą wiedzy dla studentów ekonomii.

O co chodziło Keynesowi?

No właśnie, co dokładnie autor miał na myśli? Keynes uważał, że państwo musi ingerować w gospodarkę, jeśli tylko ma nie dochodzić do kolejnych Wielkich Kryzysów. Czy miał rację? O to spierają się kolejne pokolenia ekspertów. Teoria przekonała jednak amerykańskich polityków. Już po II wojnie światowej w USA w życie weszły przepisy, które nakładały na państwo niejako odpowiedzialność za rozwój gospodarczy.

Decyzje podjęte w 1946 r. były jednak tylko preludium. Zwolennikiem keynesizmu był prezydent John Kennedy. Jego myślenie było zresztą bardzo logiczne. Jak zmniejszyć bezrobocie? Spowodować, by konsumpcja rosła, a tym samym wymuszała zwiększenie produkcji. Jeśli dana firma będzie musiała więcej wytworzyć danego dobra, zatrudni więcej pracowników i tym samym zmniejszy bezrobocie. Proste! Do tego jednak potrzebne jest zwiększenie cyrkulacji pieniędzy, które byłyby na rynku. Jak z kolei tego dokonać? Zmniejszyć podatki. Taką decyzję podjął Kennedy, zaś w praktyce wdrożył ją już jego następca Lyndon Johnson.

Zdaniem Keynesa do recesji dochodzi, gdy pieniądze nie są w obrocie, a są przechowywane na kontach. Lepiej dla gospodarki, gdy przedsiębiorcy inwestują w nowe fabryki, niż trzymają swoje oszczędności w bankach.

Demokratyczne państwo może jednak zachęcać obywateli, a nie decydować za nich. Jeśli więc spora część biznesmenów przestanie chcieć inwestować, sprawę na swoje barki musi brać rząd. Trzeba zacząć inwestować np. w budowę dróg, szpitali czy fabryk.

Kąpiel w wannie pieniędzy

W literaturze możecie spotkać się w porównaniem tej sytuacji do wanny. Jeśli wanna to gospodarka, z kolei woda – pieniądze, to wyciekająca z niej ciecz będzie oszczędnościami na kontach. Rząd widząc wyciek musi szybko dolać wody. Albo za pomocą wspomnianych inwestycji publicznych, albo obniżania podatków.

Inwestycje publiczna mają jednak jedną wadę – generują deficyt budżetowy. Oczywiście, jeśli rozruszają one gospodarkę, pieniądze wrócą do budżetu w postaci podatków, a deficyt zostanie ponownie zmniejszony.

Obrazowo pierwszy sposób – dot. mniejszych podatków – opisał w TV prezydent Johnson. Opowiadał o drodze, jaką przechodzi dolar, który nie jest pobrany w postaci podatków. Zostaje np. w sklepie spożywczym. Właściciel sklepu zapłaci nim dostawcy mleka, ten z kolei przekazuje go potem swojemu pracownikowi, który zapłaci nim za bilet do kina. I tak dalej… Skutkiem tego jest rosnąca gospodarka i też rosnące wpływy z podatków.

Wszystko wydawało się więc proste. I przez pewien czas doskonale działało. Po II wojnie światowej gospodarki stabilnie się rozwijały, standard życia podnosił się. Problemy zaczęły występować w latach 70. Eksperci zaczęli zastanawiać się, czy aby zbytnia ingerencja państwa w ekonomię kraju nie jest jednak szkodliwa. Do głosu zaczęło dochodzić nowe pokolenie ekonomistów. O tym jednak opowiemy przy innej okazji…

Podziel się wpisem

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.